W sobotniej  „Gazecie 24-25.01 wiele miejsca poświęcono frankowi, a w tym kontekście roli banków, które jak wynika z tonu większości wypowiedzi, bez mała celowo „zbałamuciły” klientów do zaciągnięcia kredytów frankowych. Wśród nich był tekst, który skłonił mnie do tej wypowiedzi – „Oceńcie czy byłem hazardzistą” Mariusza Jałoszewskiego (http://wyborcza.pl/magazyn/1,143016,17302296,Ocencie__czy_bylem_hazardzista.html). Sytuacja autora była mi bliska, gdyż czterdzieści lat temu sam przyjechałem z Mazur na studia do Warszawy. Uznałem, że człowiekowi, który mógłby być moim synem, winien jestem odpowiedź na to pytanie. Tym bardziej, że ta wypowiedź brzmiała uczciwą troską.

Na wstępie kilka słów wyjaśnienia. Zawsze byłem przeciwnikiem finansowania osób fizycznych w walutach obcych z wyłączeniem sytuacji, w których osiągają one w miarę trwałe dochody w walucie kredytu. Mój dość rygorystyczny pogląd w tej sprawie wyraża pewną dozę dogmatycznego konserwatyzmu i jak wyjaśnię w dalszej części, warsztatowo może być kwestionowany. Kieruję bankiem, który ma znaczny portfel frankowych kredytów. Po moim przyjściu do mBanku, z początkiem 2011 roku, wstrzymaliśmy praktycznie sprzedaż kredytów walutowych klientom detalicznym. W okresie, w którym kredyt frankowy zaczął być oferowany na polskim rynku i osiągnął szczyt podaży, pracowałem poza sektorem bankowym, a od pewnego momentu poza Polską. Nie wiem, czy te zastrzeżenia obronią moje przemyślenia przed pełnymi przymiotników atakami ze strony ludzi, którzy w bankach i ich zarządach widzą całe zło. Namawiam do spokojnego i pozbawionego uprzedzeń spojrzenia. Pragnę zapewnić, że banki, a na pewno mBank, mają szczerą wolę, by współpracując z klientami przeprowadzić ich przez trudniejszy okres.

Zacznę od szerszej perspektywy. Pan Mariusz Jałoszewski urodził się w 1977 roku. Ja miałem wówczas 21 lat. W moim roczniku, 1956, urodziło się w Polsce 780 tysięcy dzieci. Jestem typowym przedstawicielem powojennego wyżu demograficznego. W połowie lat siedemdziesiątych trafiło nas na rynek pracy i do miast ponad trzy i pół miliona osób. Był to okres najintensywniejszej urbanizacji w historii Polski. Szukaliśmy pracy i mieszkania. W tamtych czasach kolejka mieszkaniowa sięgała kilkunastu lat,mimo że tylko w latach 1971-1975 oddano do użytku około 1 mln mieszkań. To z tego okresu pochodzą mieszkania w tzw. wielkiej płycie, które stoją lub jak niektórzy mówią „straszą” w całej Polsce. Cokolwiek by nie powiedzieć, w szczytowym 1978 wybudowano blisko 300 tysięcy mieszkań. Powstawały one w większości w systemie budownictwa spółdzielczego i były finansowane z kredytów bankowych NBP, udzielanych spółdzielniom na dziesiątki lat oraz z wymuszonych oszczędności ludności w postaci książeczek mieszkaniowych. Prawie każdy ją miał, a rodzice zakładali je już małym dzieciom. Członkowie spółdzielni, w zależności od charakteru swojego statusu spółdzielczego albo byli lokatorami albo partycypowali w spłacie kredytu zaciągniętego przez spółdzielnie stając się „właścicielami” lokalu spółdzielczego. Ostatecznie system się rozleciał, ale można powiedzieć, że większość osób z tego pokolenia jest dzisiaj właścicielami mieszkań, zasadniczo bez większych obciążeń kredytowych. Ta własność przesądza też, że statystycznie Polska jest krajem, w którym udział własności w substancji mieszkaniowej wynosi ponad 80 proc. podczas gdy w zasobnych Niemczech około 40-u.  W tych okolicznościach kulturowo osadzone aspiracje społeczne są w dużym stopniu budowane wokół własności mieszkania, zwłaszcza, że podaż lokali na wynajem jest marginalna.

W roczniku Pana Jałoszewskiego urodziło się 665 tysięcy dzieci. Niestety nie potrafiliśmy jako społeczeństwo należycie zadbać o zaspokojenie ich potrzeb mieszkaniowych. W połowie poprzedniej dekady wchodziły one w wiek produkcyjny, zakładały rodziny. Dla sporej części z nich rozwiązaniem stała się emigracja do bogatszych krajów, gdzie z reguły wynajmują mieszkania. W roku, w którym Pan Jałoszewski nabył mieszkanie, w Polsce oddano do użytku 134 tysiące lokali i był to bardzo duży wzrost jeżeli porównamy go do 1996 roku, kiedy oddano ich do użytku tylko 62 tysiące w czasie gdy jego pokolenie wchodziło w wiek produkcyjny.

Po 1989 roku doszło do dramatycznego spadku liczby oddawanych do użytku mieszkań. We wspomnianym wcześniej 1996 roku na rynek trafiło cztery razy mniej lokali niż w kryzysowym dla PRL-u roku, w którym urodził się Pan Jałoszewski.

Kolejne rządy III RP próbowały rozruszać aktywność gospodarczą w dziedzinie budownictwa mieszkaniowego. Ogłaszano programy i inicjatywy, które nie stworzyły jednak żadnego przełomu, bo w gospodarce rynkowej – o ile koncept ten traktować poważnie – nie ma zmiłuj się. Żeby zrobić cokolwiek z dłuższą perspektywą trzeba dysponować cierpliwym i dłuższym terminowo kapitałem.

Nie stworzono trwałej i dostosowanej do realiów funkcjonowania rynku infrastruktury prawnej dla emisji listów zastawnych, które teoretycznie mogły być źródłem długoterminowego finansowania budownictwa mieszkaniowego. Powołane banki hipoteczne przez kilkanaście lat działania, wobec niedostosowania polskich regulacji do międzynarodowych standardów rynkowych, nie były w stanie przyciągnąć inwestorów zagranicznych do finansowania rozwoju hipoteki mieszkaniowej w Polsce. W tych warunkach skoncentrowały się one na finansowaniu nieruchomości komercyjnych. Niektóre z nich, nie znajdując dla nich roli, ostatecznie zamknięto, a część   zamierzeń związanych z ich powołaniem zarzucono.

Polska w początkach poprzedniej dekady była krajem ubogim w kapitał, a reguły gospodarki rynkowej są dużo bardziej wymagające i bezwzględne niż planowej. Jeżeli brak jest kapitału, a stopa oszczędności krajowych jest niska, to jedyną drogą rozwoju jest jakaś forma importu kapitału. Bez dostępu do niego i to w postaci odpowiadającej charakterowi realizowanych inwestycji nie ma szansy na poważny wzrost.

Jeżeli prześledzimy ostanie dwudziestopięciolecie to nasz rozwój, zwłaszcza od początków 2000 roku zawdzięczamy inwestycjom bezpośrednim, środkom unijnym skojarzonym ze środkami budżetowymi i kredytem bankowym oraz bankowej ekspansji kredytu hipotecznego. W mniejszym stopniu kapitału na rozwój dostarczyła giełda. Pewna część pochodziła z reinwestowanych zysków lokalnych przedsiębiorców, które wsparły krajowe banki.

W tych okolicznościach, bez pomocy Państwa, bez książeczki mieszkaniowej, bez istotnych zasobów własnych i spadku po rodzinie,  rodzi się pytanie – co mogłoby sprawić, że Pan Jałoszewski, zamiast wynajmować mieszkanie – przy braku systemu najmu – i płacić za nie czynsz mógł podjąć życiową decyzję o zakupie własnego lokalu. Będąc młodym człowiekiem, przed którym pozostaje kilkadziesiąt lat aktywności zawodowej, gdzieś począwszy od 2003 roku, kiedy Polska niebawem wstępowała do Unii Europejskiej, mógł  sięgnąć po kredyt mieszkaniowy. Niestety stopy procentowe w naszym kraju pozostawały w tym czasie na stosunkowo wysokim, wręcz odstraszającym poziomie. W 2007 roku hipoteczne kredyty złotowe były oferowane przy efektywnej stopie ponad 7proc. Niski poziom krajowych oszczędności i ich krótkoterminowa charakterystyka czyniła kapitał bardzo drogim, zwłaszcza dla przedsięwzięć o kilkudziesięcioletnim horyzoncie.

Decyzję o zaciągnięciu kredytu hipotecznego we frankach mógł podjąć co najmniej z dwóch powodów.

Po pierwsze, banki w Polsce uzyskały dostęp do oszczędności zagranicznych, importując kapitał albo od swoich właścicieli, albo z rynku kapitałowego albo poprzez zamianę swoich pasywów złotowych na walutowe. Ich zasoby lokalne, pochodzące ze zgromadzonych depozytów (w większości 3-6 miesięcznych) były stosunkowo szczupłe i w 2007 roku sięgały nieco ponad 400 mld złotych. W większości były one już zaangażowane  w finansowanie przedsiębiorstw, budżetu oraz potrzeb gotówkowych i hipotecznych obywateli. Portfel złotowych kredytów hipotecznych sięgał wówczas 57 mld złotych. Jeszcze w pierwszych latach po wejściu do Unii banki w Polsce miały więcej depozytów niż udzieliły kredytów. W roku 2007, w którym Pan Jałoszewski uzyskał  kredyt ta relacja była już odwrotna. Relacja kredytów do depozytów w krajowych bankach sięgnęła 103 proc., by w następnym roku znaleźć się na poziomie powyżej 120 proc. Te przyrosty w dominującym stopniu wiązały się z wejściem na rynek kredytowy pokolenia „drugiego wyżu”, który poza kredytem nie miał żadnej realnej alternatywy na uzyskanie mieszkania i założenie rodziny.

I nie było też tak, jak pisze Pan Sroczyński w tym samym wydaniu gazety, że polskie banki pokochały franka i zaczęły go „wciskać” nieświadomym klientom. Sprawa była o wiele bardziej skomplikowana. Pisząc ten tekst mam przed sobą notatkę Związku Banków Polskich po spotkaniu z Radą Polityki Pieniężnej z października  2005 roku prezentującą „opcje ograniczenia udzielania kredytów na cele mieszkaniowe w walutach wymienialnych dla klientów indywidualnych”. Obok niej leży pismo mojego poprzednika – Sławomira Lachowskiego, w którym optuje on za „całkowitym zakazem udzielania wszelkich kredytów walutowych klientom indywidualnym, w tym kredytów indeksowanych do waluty obcej”. Pismo nosi datę 28 listopada 2005 roku. Jak wiemy, takiego zakazu jednak nie wprowadzono.

Po drugie, przy poziomie stóp procentowych jakie wówczas były w Polsce, a w konsekwencji możliwości obciążenia budżetu domowego miesięcznymi spłatami – kalkulując swój budżet mógł bardzo łatwo ocenić, że kwoty płacone miesięcznie w przypadku kredytu udzielonego we franku są znacząco niższe niż obciążenia płacone w przypadku kredytu złotowego. W banku, którym zarządzam w początkowym okresie do połowy 2006 roku dostępne dla klienta kwoty kredytu złotowego i frankowego były równe, później kwota dostępna w złotych była nawet wyższa. Zdolność do spłaty klienta oceniano biorąc pod uwagę wysokie oprocentowanie złotówkowe. Jednocześnie kredyty we frankach oferowane były z licznymi dodatkowymi buforami, w tym walutowym i przynajmniej w mBanku przy obecnym poziomie kursu ciągle dalecy jesteśmy od ich pełnej absorpcji. Banki udzielając kredytu „testowały” przyszłą zdolność kredytową klienta przy założeniu wzrostu wartości franka do mało prawdopodobnych poziomów (jak się wówczas wydawało)  rzędu 4,20 – 4,50 złotego. Poza tym między marcem 2006 roku a czerwcem 2008 roku, po serii podwyżek stóp procentowych, stopa referencyjna NBP poszybowała z poziomu 4,0 proc. do wysokości 6,0 proc..  W tym czasie frankowy LIBOR osiągał uśredniony poziom pomiędzy 1,5 a 2,5 proc.. Podejrzewam, że osoby zamierzające zaciągnąć kredyty na kilkadziesiąt lat raczej słyszały o tych zdarzeniach. Ten rozziew, podejrzewam, przemawiał do wyobraźni zarówno klientów, jak i bankowców.

Konkludując tę część moich uwag odważę się postawić tezę, że bez dopływu do Polski kapitału zagranicznego z pośrednictwem  finansowania bankowego nie byłoby szansy na choćby częściowe zaspokojenie potrzeb mieszkaniowych wchodzącej w rodzinne życie generacji Pana Jałoszewskiego.

Można szacować, że walutowe kredyty hipoteczne umożliwiły wybudowanie około ćwierć miliona mieszkań. Prawdopodobnie nie powstałyby one, gdyby nie zostały sfinansowane zaimportowanym kapitałem.

W jednym z artykułów publikowanych w Świątecznej doczytałem się (może błędnie)  , że „wpuszczenie” klientów we franka to świadome, wiedzione chęcią zysku, działanie finansistów. Przytaczane są przykłady ludzi różnych zawodów, od górnika po filozofa, którzy – jak należy czytać z tonu publikacji – byli zupełnie nieświadomi podejmowanych decyzji, a ostateczna odpowiedzialność za zaciągnięcie kredytu w obcej walucie powinna spaść na środowisko bankowe. Ja jednak znam wielu prawników, dziennikarzy, ekonomistów i finansistów, w tym również osoby w moim banku, które również mając do wyboru kredyt złotowy i walutowy wybrały drugą opcję. Hipoteczni klienci mBanku to w 6,3 proc. pracownicy sektora finansowego. Dodatkowo gdy w 2013 roku zadaliśmy ponad dwóm tysiącom klientów kredytów hipotecznych mBanku pytanie „Czy zaciągając kolejny kredyt zdecydowaliby się na obcą walutę?” – tylko 22,9 proc. osób odpowiedziało negatywnie. Jeszcze raz deklarując się jako oponent finansowania walutowego wobec osób nie osiągających przychodów w walucie kredytu, nie zgadzam się jednocześnie z tezą, że pozostawienie tego wyboru klientom było z gruntu nieuzasadnione. Za tym wyborem kryje się bowiem pewna, nie pozbawiona ryzyka logika.

Jej istotą jest założenie, że polski złoty w długim okresie będzie silniejszy. Wynika to z tak zwanego parytetu siły nabywczej. Teoria ta sugeruje, że kursy walutowe dostosowują się w długim terminie tak, aby zrównywać ceny dóbr w poszczególnych krajach. W uproszczeniu chodzi o to, że dla przykładu za tysiąc franków, posługując się tym samym koszykiem dóbr i usług, w Szwajcarii możemy ich kupić znacznie mniej niż w Polsce za ekwiwalent złotowy tego tysiąca franków. Oznacza to, że nominalny kurs wymiany pomiędzy złotym i frankiem powinien w długim terminie dostosować się tak, aby cena wspomnianych koszyków dóbr była równa (czy to wyrażona w złotych, czy we frankach). Tym samym, w długim okresie kurs wymiany franka na złote powinien być znacząco niższy. Dla przykładu, posługując się prostą metryką jaką jest tzw. Big Mac Index tygodnika The Economist, w latach 2000-2015 ten docelowy poziom złotego względem szwajcarskiego franka wahał się od 0,93 złotego za FRANKA do około 1,4 obecnie.  Porównując ten teoretyczny kurs z dzisiejszą relacją widzimy, że tak wyliczone niedowartościowanie złotego było i nadal jest bardzo duże.

Kredyty hipoteczne zawierane były na długie, sięgające 35 lat okresy. Były i są podstawy, by optymistycznie zakładać, że średnie tempo wzrostu polskiej gospodarki w tej perspektywie, czy nawet krótszej, powiedzmy 15 letniej, będzie istotnie wyprzedzało tempo wzrostu szwajcarskiego dochodu narodowego.  Tak przynajmniej działo się w minionych 15 latach, gdy nasza średnia stopa wzrostu była dwukrotnie wyższa niż w Szwajcarii. Nie sposób twierdzić, że tak będzie na pewno, ale prawdopodobieństwo tego założenia ma warsztatowo solidne podstawy.

Jednocześnie były i nadal są aktualne silne przesłanki, by wierzyć, że miedzy złotym a frankiem szwajcarskim trwale będzie utrzymywała się różnica stóp procentowych, jako że Polska w przewidywalnej przyszłości będzie ciągle zabiegała o kapitał zagraniczny, który w przypadku Szwajcarii, jak doświadczyliśmy w ostatnim czasie, napływa tam strumieniami, nawet gdy jest zniechęcany ujemnymi stopami procentowymi.

Nie można wykluczyć, że jeśli te scenariusze w perspektywie kilkudziesięcioletniej umowy kredytowej będą się materializowały, wybór klienta może się okazać słuszny w stosunku do alternatywy w postaci kredytu złotowego i klient „frankowy” będzie istotnie wygrany. Rozkład czasowy tych pozytywnych zdarzeń dla kredytobiorcy osiągającego dochody w złotych może być oczywiście mniej lub bardziej korzystny, a prawdopodobieństwo ich  zaistnienia z pewnym przybliżeniu można próbować szacować.

Nie znam warunków, na jakich Pan Jałoszewski zaciągnął swój kredyt. Ale na podstawie jego tekstu wyobraziłem sobie, jak jego kredyt mógłby wyglądać i co ewentualnie mogłoby go dzisiaj czynić zdesperowanym. Z tekstu nie wynika, co jest dla niego najistotniejszym problemem. Zakładając, że byłby on statystycznym klientem naszego banku z połowy 2007 roku, rzeczywistym kłopotem, jaki mógł go dotknąć, nie jest skala bieżących obciążeń, bo w odniesieniu do nich zapewne ciągle jest „wygrany” wobec złotowej alternatywy finansowania. Wygrany w tym sensie, że suma zapłaconych przez niego rat jest mniejsza niż gdyby zaciągnął kredyt w złotych w tej samej kwocie. Biorąc pod uwagę kroki, które poczynił bank w celu złagodzenia bieżących obciążeń klienta po 15-ym stycznia, jak również obecnych parametrów rynku, jego miesięczne obciążenia raczej nie wzrosną. Ponadto od czasu zaciągnięcia długu prawdopodobnie istotnie zwiększył on swoją zdolność jego obsługi. Należy przypuszczać, że najbardziej bolesne jest dlań rosnące na skutek wzrostu wartości franka saldo zadłużenia liczone w złotych. A to, jak już opisałem, było istotą branego przez klienta ryzyka i w trakcie życia kredytu jeszcze nie raz się zmieni zapewne, i w dół, i w górę. Należy przy tym pamiętać, że mieszkanie nie jest klasyczną inwestycją a specyficznym dobrem konsumpcyjnym. Rachunek zysków i strat z punktu widzenia gospodarstwa domowego z reguły, w pierwszej kolejności uwzględnia sumę zapłaconych rat a także wieloletnią użyteczność korzystania z mieszkania. Problem wartości mieszkania w odniesieniu do wysokości zaciągniętego długu ujawnia się w pełni dopiero w momencie sprzedaży nieruchomości nad czym gospodarstwo  domowe, co do zasady ma kontrolę.

Klienci, którzy zdecydowali się na zaciągnięcie kredytu frankowego to, przynajmniej w przypadku naszego banku, ludzie stosunkowo lepiej sytuowani. W mBanku ponad 75 proc. z nich posiada dyplom uczelni wyższej, najczęściej z kierunków ekonomicznych, technicznych i informatycznych. Ponadto, większość klientów spłacających kredyt denominowany w CHF mieszka w dużych ośrodkach miejskich – około 60 proc. w miastach powyżej 100 tysięcy mieszkańców, a 17 proc. ogółu w Warszawie. Zwykle kredytobiorcy mBanku mogą liczyć na wsparcie współmałżonka (72 proc.) i po równo z partnerem partycypują w utrzymaniu gospodarstwa domowego. 70 proc. klientów hipotecznych mBanku jest zatrudnionych na podstawie umowy o pracę, najczęściej w dużych i średnich przedsiębiorstwach, a źródłem dochodu dla pozostałej grupy jest własny biznes lub zlecenia realizowane jako osoby samozatrudniające się. Według wykonywanego zawodu, kredytobiorcy frankowi to głównie specjaliści z różnych dziedzin, z dużym potencjałem na rynku pracy. Z naszych informacji wynika, że od czasu gdy zaciągnęli dług, statystycznie ich sytuacja materialna istotnie się poprawiła. Oceniamy, że dla około 60 proc. populacji kredytobiorców zdolność kredytowa wzrosła o 30-40 proc.. (Oczywiście dotyczy to sytuacji, gdy po uzyskaniu kredytu hipotecznego, nie zaciągnęli oni kolejnych zobowiązań.) Przeciętne obciążenie spłatą miesięcznej raty budżetu domowego od czasu zaciągnięcia kredytu relatywnie spadło.

Mając na uwadze użytą powyżej argumentację nie odważyłbym się odpowiedzieć twierdząco na pytanie zawarte w tytule wypowiedzi Pana Jałoszewskiego. Nie uważam, że okazał się Pan hazardzistą, choć ja nie byłbym osobiście skłonny zaakceptować rodzaju ryzyka, na które Pan się zdecydował. Prawdą jest, że trochę nie miał Pan wyjścia, bo na skutek braku jakiegokolwiek trwałego systemu wspierania młodych ludzi w rozwiązywaniu ich potrzeb mieszkaniowych komercyjny kredyt bankowy był jedyną realną drogą do własnego M. Jednocześnie wskutek zaangażowania oszczędności zagranicznych w to finansowanie kredyt walutowy jawił się jako istotnie atrakcyjniejszy z perspektywy bieżących obciążeń budżetu domowego. Piszę tę wypowiedź w nocy ze środy na czwartek i przy dzisiejszych parametrach rynku i podjętych przez bank łagodzących krokach już wiem, że statystycznie nasi klienci, którzy zaciągnęli kredyt frankowy już marcu prawdopodobnie zapłacą ratę nawet trochę mniejszą od tej jaką płacili w końcówce ubiegłego roku. Nie twierdzę tym samym, że nie ma się czym martwić, ale chcę Pana i całą resztę klientów frankowych zapewnić, że my też się przejmujemy i chcemy być w granicach naszych odpowiedzialności pomocni i przyjaźni. Kroki jakie podjęły banki pod auspicjami swojego związku w ostatnich dniach są tego wyrazem. W sposób istotny przyczyniły się one do obniżenia bieżącego ciężaru obsługi kredytów, rezygnując z części swoich dochodów.

Wbrew przypisywanym nam (złym) intencjom mam poczucie, że polski sektor bankowy uczciwie służy polskiemu społeczeństwu. Opisywane w aurze skandalu przez Pana Grzegorza Sroczyńskiego ekscesy, które w środowisku zawodowym liczącym wraz z pośrednikami kredytowymi około 200 tysięcy pracowników, mogły się zdarzyć. Pracuję w sektorze już kilkadziesiąt lat i widziałem też złodziei, ale agresywna i oskarżycielska generalizacja jaka przebija z tonu artykułu „Wiedzieliście” jest mi nie tylko intelektualnie obca. Otóż muszę stanowczo stwierdzić, że nie wiedzieliśmy! Nie przewidzieliśmy, ze nadejdzie wielki kryzys, że Citibank i wiele zachodnich banków w tym UBS i Credit Swiss będą wymagały setek miliardów dolarów dokapitalizowania, największy światowy ubezpieczyciel AIG zbankrutuje a dług państwowy jednego z krajów strefy Euro zostanie zredukowany.

Chcę Pana Mariusza Jałoszewskiego zapewnić, że obraz bankowców,  w tym ich zarządów, jaki został opisany na stronie poprzedzającej jego wypowiedź nie odpowiada rzeczywistości. Limit objętości mojej wypowiedzi nie pozwala mi odnieść się do licznych wątków tego „manifestu”, ale wierzę, że będę miał jeszcze jakąś sposobność do polemiki z jego nieprzemyślanymi tezami.

Oczywiście nie chcę Pana pozostawić z wrażeniem, że nie widzę zagrożeń. Ma Pan kredyt na kilkadziesiąt lat i zaakceptował Pan ryzyko wzrostu łącznej sumy zadłużenia w zamian za niższe obciążenia miesięczne. Zmiennych wpływających na ukształtowanie się warunków Pańskiego kredytu będzie znacznie więcej, a niektóre z nich mogą mieć charakter nadzwyczajny i nieprzewidywalny jak rewolucja na Ukrainie i w konsekwencji ucieczka inwestorów z Polski, trudne dzisiaj do wyobrażenia załamanie się polskiej gospodarki, rozpad strefy Euro, kolejne sankcje wobec Rosji i dalsza ucieczka rosyjskich dolarów we FRANKA….. Ale nawet takie zdarzenia w moim przekonaniu trudno byłoby uznać za nadzwyczajną zmianę stosunków, upoważniającą do sądowego wzruszenia warunków kontraktu.

Tym bardziej nie sposób wyobrazić sobie ingerencji regulacyjnej/ustawowej w treść umów zawartych między klientem a bankiem. Sprawiedliwościowe pomysły, których festiwal mamy obecnie w przestrzeni publicznej, apelują do rządzących o podjęcie jakiś działań, najlepiej kosztem banków. W tle epatuje się niebotycznymi dochodami  z portfeli hipotecznych kredytów we franku. Tymczasem są to dla banków aktywa względnie mniej dochodowe.

W przypadku banku, którym kieruję na koniec 2014 roku kredyty frankowe, stanowiąc 24 proc. w ogólnym saldzie kredytowym, kontrybuowały zaledwie 3,3 proc. do wyniku odsetkowego za miniony rok. Należy jednocześnie zaznaczyć, że są to kredyty dobrze i terminowo obsługiwane – w naszym banku nawet wyraźnie lepiej niż złotowe. Po prostu trafiły do klientów o lepszym profilu ryzyka.

Jeżeli coś jest pilnego do załatwienia w sferze legislacyjnej, co mogłoby pomóc rynkowi kredytów hipotecznych, to poprawienie regulacyjnych warunków do uruchomienia podstawowego i nie zastępowalnego źródła długoterminowego finansowania rozwoju hipoteki mieszkaniowej, jakim dla dużej części Europy są listy zastawne. Obowiązujące w Polsce przepisy nadal nie pozwalają polskim emitentom być konkurencyjnymi na międzynarodowym rynku tych instrumentów. Bez tych zmian oraz oswojenia inwestorów i ich akceptacji, po dyskusji, która teraz toczy się nad losem frankowiczów, nie będziemy mieli dostępu do źródeł długoterminowego finansowania kredytu hipotecznego. Projekty tych zmian ustawowych czekają na uruchomienie w Sejmie.

Niepokoi łatwość z jaką można kwestionować zasady, paradygmaty funkcjonowania kluczowych instytucji rynku bankowego i prawa, nieodpowiedzialnie wyrokować o morale całych grup zawodowych czy wreszcie wszędzie dostrzegać wyłącznie złe intencje. Banki ze swej natury nie są instytucjami pomocowymi, lecz komercyjnymi. Choć są ważnym elementem infrastruktury społeczeństwa i gospodarki rynkowej,  powołane są przez akcjonariuszy do zarabiania dla nich pieniędzy. Muszą to czynić w sposób etyczny i odpowiedzialny. Tocząca się dyskusja wokół sytuacji kredytobiorców frankowych powinna uwzględniać całą złożoność tematu. Starałem się to wykazać. Polska ma stosunkowo silny, bezpieczny, konkurencyjny i bardzo nowoczesny system bankowy, który w moim przekonaniu dobrze służy społeczeństwu. Od roku z naszych wpłat pokrywane są stracone przez ludzi depozyty w SKOK-ach. W ostatnich dniach mocno zaangażował się on w złagodzenie dotkliwości zdarzeń rynkowych dla swoich klientów. Będziemy się starali jeszcze lepiej służyć naszym klientom, ale proszę pamiętać, że zarządzamy ryzykiem, a w naszych działaniach bezwzględne pierwszeństwo ma  bezpieczeństwo powierzonych przez klientów depozytów.

Cezary Stypułkowski, prezes zarządu mBanku

Tekst ukazał się w „Gazecie Świątecznej” – dodatku do „Gazety Wyborczej”.