Przed trzema tygodniami posłowie uchwalili bardzo kontrowersyjną ustawę w sprawie kredytów frankowych, nad którą aktualnie toczą się prace w Senacie, i która będzie ponownie dyskutowana w Sejmie. Od tego momentu opublikowano na jej temat szereg artykułów, stanowisk i opinii. Znaczna część z nich bardzo krytycznie odnosi się do rozwiązań uchwalonych przez Sejm. W szczególności kwestionowana jest skala i zakres umorzenia zobowiązań frankowiczów oraz wskazywane są negatywne konsekwencje makroekonomiczne uchwalonej ustawy. Najdobitniej zostało to wyrażone w stanowisku przedstawionym przez Komitet Stabilności Finansowej.

Propozycje zmian w ustawie przedstawił także Związek Banków Polskich (ZBP). Stanowisko banków, od samego początku dyskusji, koncentrowało się wokół motywu wsparcia dla osób w najtrudniejszej sytuacji oraz ograniczenia wpływu parametrów rynkowych na bieżące obciążenia spłatą kredytu. Banki były i pozostają przeciwne powszechnemu umorzeniu części zobowiązań wszystkich czy prawie wszystkich frankowiczów.

Ta właśnie istota stanowiska ZBP, tzn. „adresowana pomoc, a nie szerokie umorzenie” spotkała się z gwałtowną krytyką ze strony redaktora Samcika na jego blogu we wpisie z 14 sierpnia 2015 r. zatytułowanym „Stan klęski żywiołowej w mózgach bankowców, czyli rzecz o pomaganiu frankowiczom”. Podobny pogląd wyraził też w swoim komentarzu z 27 sierpnia pt. „Senatorowie rozbrajają frankową bombę podłożoną przez posłów”.

Na wstępie chcę podkreślić, że bardzo często czytam opinie redaktora Samcika, a wiele z nich jest dla mnie inspiracją do działań poprawiających jakość naszej współpracy z klientami. Cenię jego cięty język i głęboką ironię w niektórych wypowiedziach.

Tym razem muszę jednak podjąć polemikę. Zacznę od tego, że Pan Redaktor zawarł w swoim artykule szereg poglądów, z którymi się zgadzam, nawet gdybym formułował je nieco innym językiem. Mam na myśli m.in. następujące stwierdzenia:

  1. (ustawa) „jest do chrzanu”;
  2. „daje frankowiczom prezent nadmiernie hojny (weszli do kasyna i dopóki wygrywali wszystko było w porządku, a gdy zaczęli przegrywać – mieliby dostać zwrot prawie całej zainwestowanej kwoty);
  3. „faworyzuje frankowiczów względem złotówkowiczów (po przewalutowaniu dostaną niższą marżę, niż ta, którą mają złotówkowicze);
  4. „wina klienta, który wybrał tańszy produkt, licząc się z pewnym ryzykiem, jest niepodważalna”.

W końcowych konkluzjach artykułu, Redaktor zarzuca jednak naszemu środowisku albo brak empatii wobec klientów, albo „stan klęski żywiołowej” w naszych mózgach, albo wreszcie brak rozumienia istoty problemu frankowego. Jak to formułuje, w sprawie franków chodzi „o zapłatę za grzech”, a nie o „jałmużnę”.

A zatem pomimo tego, że frankowicze mieli świadomość ryzyka i „dopóki wygrywali, wszystko było w porządku”; mimo że „prezent jest nadmiernie hojny” oraz „faworyzuje (ich) względem złotówkowiczów”; a także niezależnie od tego czy zarabiają połowę średniej krajowej czy 20 średnich; czy zaciągnęli kredyt, aby kupić 50 mkw. na peryferiach miasta, czy 100-metrowy apartament w centrum – wszystkim tym kredytobiorcom banki mają zapłacić, jak rozumiem, umarzając obliczoną według jednego algorytmu istotną część zobowiązania.

Fundamentalnie nie przyjmuję tej perspektywy. Jest ona również obca sektorowi bankowemu, który od początku przeciwstawiał się redukcji długów tej grupy klientów, zarówno ze względów merytorycznych i makroekonomicznych, jak również z uwagi na istotne racje społeczne. Nie godzimy się również na takie rozwiązanie, bo uważamy je za niebezpieczny kulturowo precedens, który podważy mechanizmy dyscypliny zobowiązaniowej i będzie mścił się na naszych stosunkach gospodarczych przez wiele lat.

Na początek kilka faktów historycznych.

Nie da się wytłumaczyć obecnego stanowiska, sformułowanego w imieniu banków przez ZBP – do którego nawiązuje Pan Samcik – bez przywołania przynajmniej kilku kluczowych faktów i argumentów zgłaszanych przez bankowców w minionych latach i miesiącach. Mają one bowiem również wpływ na obecnie formułowane poglądy. Redaktor Samcik zdaje się pomijać ich głębię i nasze konsekwentne stanowisko ośmiesza, przechodząc w swoich wywodach na język bez mała ewangeliczny… grzech i jałmużna.

Poza dyskusją pozostaje fakt, że już w grudniu 2005 r. Prezes ZBP w imieniu środowiska bankowego przedstawił stanowisko, w którym banki opowiedziały się za całkowitym zakazem udzielenia kredytów walutowych osobom fizycznym. Takie stanowisko reprezentowali również moi poprzednicy w banku, którym kieruję.

Jest udokumentowane, między innymi w „Białej księdze kredytów frankowych w Polsce”, opisującej historię „choroby frankowej”, że środowiska polityczne oraz dziennikarskie dość kategorycznie i wprost opowiadały się za finansowaniem zakupu mieszkań kredytem walutowym.

Podejmowane przez nadzór bankowy próby pewnego zdyscyplinowania rynku tych kredytów i narzucenia bardziej restrykcyjnych standardów były publicznie kwestionowane w rozlicznych artykułach, wypowiedziach i stanowiskach. Są one opisane w przywołanej wyżej „księdze”.

Z dzisiejszej perspektywy można oczywiście powiedzieć, że banki powinny były być wówczas głuche na pokrzykiwania polityków czy dziennikarzy i nie wprowadzać do oferty kredytów hipotecznych w walutach obcych. Nie mielibyśmy problemu, o którym dyskutujemy. Mielibyśmy też jako społeczeństwo o kilkaset tysięcy mieszkań mniej i o tyle więcej młodych ludzi byłoby skazanych na „mieszkanie za szafą u teściowej”. Nie jest bowiem tak, że zamiast kredytów walutowych, za które kredytobiorcy zamówili a deweloperzy wybudowali mieszkania, można było w tej skali udzielić kredytów złotowych, a materialne efekty byłyby takie same. Otóż nie byłyby, gdyż w Polsce nie było wystarczająco dużych oszczędności, a stopy procentowe pozostawały istotnie wyższe niż za granicą. Uważam, że ten aspekt też trzeba brać pod uwagę, oceniając produkt z etykietką, o której Pan Redaktor pisze, że „nie wskazywała stopnia niebezpieczeństwa”. Koniec końców część banków – w tym ten, którym kieruję od pięciu lat – zdecydowała się na udzielanie kredytów walutowych na cele mieszkaniowe. Aby sprostać rosnącemu popytowi kredytowemu, banki zaczęły sięgać w większej skali po kapitał pożyczkowy z zagranicy.

Pamiętajmy przy tym, że Polska to kraj, któremu w latach 1992–1994 tzw. wierzyciele oficjalni (rządy i agencje rządowe) oraz prywatni (banki), umorzyli 50 proc. długu. Mimo uregulowania naszego zadłużenia zagranicznego, przez blisko dekadę z trudem pozyskiwaliśmy fundusze na rynkach międzynarodowych bo… wierzyciele pamiętali spisanie połowy długu i związane z tym straty. Dopiero wejście Polski do UE zmieniło tą perspektywę. Rynki finansowe (straszne słowo w dzisiejszej Polsce), które mają swoją logikę i nie są zależne ani od polskiego sejmu, ani od naszej opinii publicznej czy wreszcie od mediów, uznały, że kraj się już ucywilizował i nie będzie prowadził eksperymentów w stylu „pożyczyć, nie oddać, zredukować”. Począwszy od 2005 r. polskie banki, czołowe polskie przedsiębiorstwa, a zwłaszcza rząd, zaczęły mieć stały i rosnący dostęp do finansowania z zagranicy. W dużym stopniu, choć nie wyłącznie, pozwoliło nam to utrzymać dziesięć lat przyzwoitego wzrostu gospodarczego mimo trwającego z różnym natężeniem kryzysu światowego. Jednocześnie niewiele uczyniono regulacyjnie, aby otworzyć rynek listów zastawnych, który w polskich realiach mógł stopniowo i częściowo zapewnić bardziej trwałe źródła finansowania kredytów hipotecznych. Tu też bez obecności inwestorów zagranicznych niewiele byśmy osiągnęli, bo nasz rynek finansowy „między Bugiem a Odrą i Nysą” jest zbyt płytki. Niestety nie „oswoiliśmy” ich ani przyjazną, zgodną ze standardami regulacją, ani czytelnym opodatkowaniem.

Aby jaśniej zobrazować zjawisko finansowania kredytów hipotecznych, posłużę się przykładem mBanku. W połowie poprzedniej dekady, nasz bank stopniowo pozyskał w ciągu kilku lat około 7 mld CHF, których pierwotnym źródłem były depozyty niemieckich klientów Commerzbanku. Te środki z reguły pożyczone nam na okresy kilkuletnie, przekształciliśmy w średnio dwudziestopięcioletnie kredyty hipoteczne przy stosukowo niskich marżach dla naszych klientów. Kapitał ten w terminach zapadalności musimy zwrócić i w to miejsce znaleźć nowe źródła finansowania. Są one coraz droższe, trochę na skutek niepewności rynków światowych, ale również w konsekwencji toczącej się w Polsce dyskusji o swoistej penalizacji sektora bankowego: kwestia redukcji długów frankowych, zwiększone obciążenia na BFG, by zapłacić za SKOK-i, pomysły z podatkiem od aktywów. Zarobki na portfelu tych kredytów stają się iluzoryczne w sytuacji, w której UOKiK „ściga” banki za niedopłacanie klientom frankowym do ich kredytów, gdy marża jest niższa od ujemnego LIBOR-u, a nasz bank za ostatnio zaciągnięte finansowanie frankowe (200 mln na pięć lat) musi płacić kupon odsetkowy w wysokości 2,5 proc. Na portfelu ponad 20 miliardów PLN walutowych kredytów hipotecznych, które stanowią 25,9 proc. całego portfela kredytowego, realizujemy tylko 3,7 proc. całości marży odsetkowej z kredytów. Twierdzenie więc, że banki już się „nachapały” i zarobiły krocie na klientach frankowych, jest mocnym nadużyciem.

Powszechnie wiadomo, że kredyty walutowe udzielono statystycznie najlepszej klienteli o ponadprzeciętnej zdolności kredytowej oraz, że klienci ci w minionych latach istotnie poprawili swoją zdolność obsługi długu a także, że skumulowany koszt obsługi ich długu był istotnie niższy niż kredytobiorców złotowych. Ostatnio opublikowane materiały Urzędu Komisji Nadzoru Finansowego (KNF) zwalniają mnie z potrzeby dowodzenia tych prawd, ale środowisko bankowe od początku podnosiło tę kwestię przy okazji dyskusji o kredytach frankowych. Z naszych wewnętrznych statystyk wynika także, że klienci frakowi są przeciętnie lepiej wykształceni, a ponad 7 proc. tej populacji to wręcz pracownicy sektora finansowego. Można zatem zakładać, że zaciągając kredyt na kilkanaście, kilkadziesiąt lat, interesowali się konsekwencjami tego kroku i ryzykiem, jakie się z nim wiąże – od ubezpieczenia poprzez konsekwencje potencjalnej utraty pracy, śmierci w rodzinie, narodzin dzieci, po zmienność stóp procentowych i związany z tym koszt obsługi długu. Przyjęcie w tych okolicznościach założenia, że „ludzie nie wiedzieli co podpisują” – jak zdaje się sugerować spora część komentatorów i samych frankowiczów – jawi mi się jako mało poważny argument w toczących się publicznie dyskusjach. Otóż w mBanku znakomita większość klientów, zaciągając kredyt, składała oświadczenie o następującej treści:

„Pracownik banku przedstawił mi w pierwszej kolejności ofertę kredytu/pożyczki hipotecznej w polskim złotym. Po zapoznaniu się z tą ofertą zdecydowałem, iż dokonuję wyboru oferty kredytu/pożyczki hipotecznej denominowanej w walucie obcej mając pełną świadomość ryzyka związanego z tym produktem a w szczególności tego, że niekorzystna zmiana kursu waluty spowoduje wzrost comiesięcznych rat spłaty kredytu/pożyczki hipotecznej oraz wzrost całego zadłużenia.
Ponadto zostałem poinformowany przez pracownika banku o jednoczesnym ponoszeniu ryzyka zmiany stopy procentowej polegającego na tym, ze w wyniku niekorzystnej zmiany stopy procentowej może ulec zwiększeniu comiesięczna rata spłaty kredytu/pożyczki oraz wartość całego zaciągniętego zobowiązania
Jestem świadomy ponoszenia obu rodzajów ryzyk, związanych z wybranym przeze mnie produktem kredytowym.
Pracownik banku poinformował mnie również o kosztach obsługi kredytu w wypadku niekorzystnej zmiany kursu walutowego oraz zmiany stopy procentowej, tj. o możliwości wzrostu raty kapitałowo-odsetkowej.
Informacje te zostały mi przedstawione w postaci symulacji wysokości rat kredytu.”

W dostępnych mi dokumentach klienci własnoręcznie wypisywali swoje dane i składali podpis.

Z tego oświadczenia w sposób bardzo czytelny rysuje się model relacji między bankiem a klientem. Bank dostarczył wieloletnie finansowanie, biorąc na siebie ryzyko kredytowe związane z wypłacalnością klienta oraz zapewnieniem niedostępnego w Polsce kilkudziesięcioletniego finansowania, natomiast po stronie klientów pozostała całość ryzyka walutowego. Ryzyko stopy procentowej zostało przyjęte zarówno przez bank, jak i klientów.

Nieprawdziwe, co sektor bankowy stara się dowodzić od początku fali dyskusji frankowej, są również sugestie dotyczące gwałtownej, realnej zmiany sytuacji finansowej frankowiczów w wyniku wzrostu wartości waluty szwajcarskiej.

Czytając polskie media i słuchając licznych wypowiedzi publicznych, można odnieść wrażenie, że kredytobiorcy frakowi zostali jakoś dramatycznie poturbowani, że koszty obsługi ich długu gwałtownie wzrosły. Tak nie jest, gdyż spadek stóp procentowych szwajcarskiej waluty w znacznym stopniu zrekompensował wpływ wzrostu jej kursu na wysokość płaconych rat. Dodatkowo, łagodzące kroki, podjęte przez banki w ramach tzw. Sześciopaku, dla sporej części klientów sprowadziły wysokość płaconych, bieżących rat miesięcznych do poziomu sprzed styczniowej zwyżki wartości franka.

Wprawdzie wyrażony w złotych wyższy stan zadłużenia frankowych kredytobiorców, powoduje pewien wzrost bieżących rat kredytowych u niektórych z nich, ale pamiętajmy, że przez długi okres byli oni w stosunku do kredytobiorców złotowych istotnie uprzywilejowani. Jeżeli nadto weźmiemy pod uwagę, że statystycznie od czasu zaciągnięcia długu, dużej ich części wzrosły dochody, to na tle populacji naszych mBankowych klientów widzimy wręcz poprawę zdolności kredytowej tej grupy kredytobiorców. Znaczny spadek stóp dla CHF spowodował także przyśpieszenie spłaty kapitału kredytu frankowego. Duża część tych klientów ponosi minimalne koszty odsetkowe, a u wielu z nich spłaty w całości pomniejszają kapitał. W efekcie, mimo nominalnie (wyrażonego w złotych) wyższego zadłużenia, ulega ono szybszemu zmniejszeniu i całkowite koszty obsługi długu tych kredytów są porównywalne lub też są nadal niższe niż u kredytobiorców złotowych.

Oczywiście poziom zadłużenia klientów wzrósł, ale staje się on realnym problemem w dwóch sytuacjach. Pierwsza związana jest z utratą możliwości obsługi długu – utrata pracy, zdarzenia losowe, choroba w rodzinie itp. Druga to sytuacja sprzedaży kredytowanej nieruchomości.

W odniesieniu do obu tych przypadków sektor bankowy zgłosił swoje propozycje, a poszczególne banki były i są gotowe do poszukiwania indywidualnych rozwiązań na uzasadniony i udokumentowany wniosek klienta.
Do pierwszej z tych grup powinna być adresowana pomoc z udziałem banków, dla drugiej banki wprowadzają stosowną ofertę umożliwiającą „przenoszenie” hipoteki.

Pamiętajmy przy tym, że z punktu widzenia gospodarstwa domowego z reguły w pierwszej kolejności bierze się pod uwagę sumę zapłaconych rat, a także wieloletnią użyteczność korzystania z mieszkania. W przypadku ogromnej większości „frankowiczów” mieszkanie nie było inwestycją, a realizacją podstawowych potrzeb życiowych.

Sektor zadeklarował też – pod pewnymi warunkami – gotowość obrony klientów przy poziomie pięciu złotych kursu złotego do franka, oczekując jednoczesnej deklaracji klienta o gotowości konwersji na złote przy kursie franka schodzącym do poziomu trzech złotych. Rozwiązanie to – ważne, chociaż nie dość konsekwentnie prezentowane przez banki – zostało zignorowane przez media i regulatorów mimo że gdyby je wprowadzić, oznaczałoby ono trwałą ochronę klientów przed skutkami aprecjacji franka powyżej poziomu 5 PLN.

Należy też zwrócić uwagę, że zmniejszający się dysparytet stóp procentowych pomiędzy szwajcarską i polską walutą był w większym stopniu skutkiem gwałtownej serii obniżek stóp dla złotówki, a uwolnienie franka, które było odpowiedzią na spekulacyjne masowe zakupy tej waluty (zwłaszcza po nałożeniu sankcji antyrosyjskich), będzie miało, a nawet już ma, swoją cenę dla gospodarki szwajcarskiej. Nie snując tu spekulacji makroekonomicznych wyrażę jedynie pogląd, że prawdopodobieństwo odwrócenia się obecnej sytuacji w trakcie życia kilkudziesięcioletniego kredytu walutowego jest znaczne i kredyty frankowe mogą ponownie być istotnie atrakcyjniejsze niż złotowe.

W rezultacie, jak wielokrotnie wskazywałem w swoich wcześniejszych wypowiedziach, nie ma poważnych przesłanek traktowania przez banki i władze publiczne całej populacji kredytobiorców frakowych jako jakiejś szczególnej kategorii dłużników, którym nadzwyczajne warunki rynkowe, wcześniej niemożliwe do przewidzenia, zmieniły dramatycznie ich sytuację przez co uniemożliwiają obsługę zaciągniętego długu. To fałszywa, ale silnie wzmacniana medialną narracją, żywotna teza.

Jest to zresztą społecznie bardzo niebezpieczna, precedensowa droga, faworyzująca grupę ludzi o przeciętnie wyższych dochodach, w większości świadomych podejmowanego ryzyka, mających pełną zdolność obsługi swojego wieloletniego długu, którzy przez okres kilku lat korzystali na dysparytecie stóp procentowych.
Jeżeli dobrze rozumiem tezę zawartą w artykule „Stan klęski żywiołowej w mózgach bankowców…”, tym klientom należałoby przyznać powszechnie redukcję ich zadłużenia, gdyż na środowisku bankowym ciąży grzech udzielenia kredytu opartego o rynkowe parametry i tym samym narażenia klienta na ryzyko wyższe niż to, którego mógł się spodziewać (wyobrazić?), a na okoliczność istnienia i rozumienia którego podpisał stosowne oświadczenie (jak wyżej).

Redukcja długu to poważna sprawa i należy się z nią obchodzić bardzo ostrożnie, bo jej nadużywanie demoluje stosunki gospodarcze i społeczne. W gospodarce rynkowej – a chyba jeszcze nie odwołaliśmy jej funkcjonowania w naszym państwie i społeczeństwie – poszanowanie zobowiązań, paradygmat wolności gospodarczej i poszanowania własności oraz rynkowa wycena aktywów, takich jak waluta, mieszkania, nieruchomości, stanowią fundamenty jej stabilności. Bez dyscypliny zobowiązaniowej i odpowiedzialności skazani jesteśmy na upowszechniający się coraz bardziej motyw akceptacji zastępowania przez państwo stosunków umownych i jego rosnącej redystrybucyjnej roli. Wiara, że bieżącymi poglądami i przekonaniami zastąpimy mechanizmy rynkowe, że będziemy karali za grzechy i przywracali sprawiedliwość, prędzej czy później zdemoluje gospodarkę i doprowadzi do tego, że już żywotne w Polsce przekleństwo (o czym słyszę, póki co, z sektora MSP) – „obyś był wierzycielem w Polsce” – stanie się powszechnością. Upadek dyscypliny płatniczej i zobowiązaniowej jest z reguły początkiem rosnących problemów w gospodarce, a ustawowe utrwalanie kultury nie regulowania kontraktowych zobowiązań czyimś kosztem (choćby to były banki), tworzy precedensy niebezpieczne dla społeczeństwa. I to nie tylko w długim okresie, i nie tylko wobec banków.

Redukcja długu w stosunkach rynkowych zdarza się, ale musi być traktowana jako zdarzenie wyjątkowe i uzasadnione nadzwyczajnymi okolicznościami oraz skierowana do osób, które nie mają zdolności jego obsługi mimo podejmowanych wysiłków. Jak starałem się wyjaśnić, i co dokładnie zostało opisane przez KNF w odpowiedziach tego urzędu skierowanych do Sejmu i Senatu, sytuacja klientów frankowych nie uzasadnia takiego kroku.

Tak, prawdopodobnie przejściowo, pogorszyły im się dotychczas bardzo korzystne warunki obsługi długu i zwiększyło nominalne zadłużenie w złotych. Pamiętajmy, że takich sytuacji klientowskich w gospodarce rynkowej jest wiele i dotyczą one nawet bardziej czytelnych sytuacji. Jeżeli zgodzimy się na precedens w przypadku kredytów frankowych, w których po prostu mamy silniejszy miejski, medialny lobbing grupy względnie bardziej zasobnych klientów, którzy na koszt akcjonariuszy i klienteli banków „załatwią” sobie umorzenie 10. czy 40. procent swojego zadłużenia, to dalej już nie ma limitu i od pojęć takich jak zobowiązania, rynek, procent i pieniądze, przejdziemy na kategorie grzechu, jałmużny, odkupienia, współczucia… modlitwy.

Redaktor Samcik ma też kłopot z naszym środowiskiem, które w jego opinii nie rozumiejąc istoty problemu frankowego i mając mózgi w stanie „klęski żywiołowej”, systematycznie akcentuje kwestie mechanizmów pomocowych wobec klientów kredytowych, zamiast przyłączyć się do chóru piewców bezpośredniej redukcji długu.
Uważamy, że potrzebne są mechanizmy pomocowe, łagodzące sytuacje klientów mających realne kłopoty ze spłatą kredytów hipotecznych. Powinny to być mechanizmy trwałe, nie przedwyborcze i skierowane nie do osób nieodpowiedzialnie się zadłużających (dla tych jest upadłość konsumencka), lecz do klientów, którzy są w stanie wykazać obiektywne przyczyny swoich kłopotów.

Zdyscyplinowana kryteriami i względnie zobiektywizowana pomoc wobec klientów w potrzebie to nie jałmużna. To uczciwa wrażliwość i solidaryzm społeczny, do którego odwołuje się nasza Konstytucja.

W obecnych okolicznościach, w dylemacie pomiędzy ustawowo wylobbowaną redukcją zadłużenia pewnej grupy klientów a stworzeniem trwałego mechanizmu pomocowego skierowanego do ludzi rzeczywiście potrzebujących pomocy i obiektywnie oraz przejściowo niezdolnych do regulowania swoich zobowiązań, opowiadamy się za tym drugim rozwiązaniem. Nasze „zlasowane” mózgi podpowiadają nam, że scenariusze redukcji długu bardziej nadają się do sytuacji Grecji, Ukrainy czy nawet mających powszechne kłopoty z obsługą kredytów Węgrów niż wobec klientów w Polsce, których zdolność obsługi długu nadal utrzymuje się na więcej niż przyzwoitym poziomie.

Mam wrażenie, że aplikowanie do obecnej sytuacji kategorii filozoficzno-ewangelicznych, co zdaje się promować Redaktor Samcik, pomijając tysiąclecia sporów towarzyszące próbom przypisania desygnatów do tych pojęć, nigdzie nas nie zaprowadzi. W każdym razie nie rozwiąże problemu istniejących prawnie zobowiązań stron kontraktów. Nie rozwiąże tej kwestii retroaktywne ustawodawstwo, które będzie faworyzowało (obojętne czy w wariancie 90/10 czy 50/50) grupę klientów, kosztem banków i społeczeństwa. Ogrom ryzyka prawnego i operacyjnego, jakie już dzisiaj jawią się na tle dyskutowanych projektów, każe wątpić w zdolność ich implementacji.

Organy Państwa powinny poważnie i raczej powyborczo powrócić do dialogu z sektorem bankowym oraz uznać, że oryginalne propozycje sektora bankowego: ochrona rat miesięcznych, bronienie poziomu 5 PLN dla kursu franka, system pomocy dla klientów w trudnej sytuacji, system zachęt do przewalutowania itd. dadzą więcej pożytku niż naprędce sklecona i nieprzemyślana redukcja długu dla grupy względnie zasobniejszych Polaków.

Cezary Stypułkowski, prezes zarządu mBanku

Tekst ukazał się w blogu Macieja Samcika pod adresem Samcik.blox.pl.