Dziękuję wszystkim, którzy przeczytali mój artykuł „Odpowiedź bankowca”, zamieszczony w „Rzeczpospolitej” (30.05.2016 r.). Dziękuję także za liczne komentarze i wypowiedzi, jakie pojawiły się w internecie. Wiele z nich poruszało ważne kwestie ekonomiczne i prawne. Nie jestem w stanie odpowiedzieć indywidualnie wszystkim uczestnikom dyskusji. Dlatego skoncentruję się na kilku ważnych, powtarzających się zagadnieniach, a mianowicie:

  • twierdzeniu, że kredyty we frankach były kredytami złotowymi,
  • abuzywności klauzul zawartych w umowach kredytowych,
  • zdolności do przewidzenia przez bankowców przyszłości na wiele lat do przodu,
  • dochodowości kredytów frankowych.

O tym czy kredyty były złotowe czy waloryzowane

W licznych wypowiedziach można przeczytać, że „kwota kredytu w umowach >>waloryzowanych<< mBanku określona została jednoznacznie w złotych”, a zatem „są to umowy złotówkowe”. Przypomnę, że nazwa zawieranych z klientami umów to: „Umowa o kredyt hipoteczny dla osób fizycznych waloryzowany kursem CHF”. Wyjaśniając – pojawiająca się w dokumentach kwota do wypłaty (czyli przelewu na konto sprzedającego) określona była w złotych, ale w tym samym paragrafie umowy informowano, że walutą waloryzacji jest CHF. Kredytobiorca widział też kwotę kredytu wyrażoną w CHF – z zastrzeżeniem, że w dniu jego uruchomienia, może się ona różnić (ze względu na różnice kursowe między dniem podpisania umowy a realizacją wypłaty). Takie rozwiązanie zastosowano po to, aby w dniu dokonywania przelewu z kredytu można było przekazać na konto sprzedającego dokładnie tyle, ile wynikało z umowy pomiędzy kredytobiorcą a sprzedającym nieruchomość. Gdyby zastosowano rozwiązanie odwrotne, to znaczy określono sztywną kwotę w CHF, to okazać by się mogło, że na skutek spadku kursu CHF, równowartość w złotych nie wystarcza do zapłacenia kwoty należnej sprzedawcy. Zastosowane w umowach rozwiązanie miało na celu uniknięcie sytuacji, w której kredytobiorca nie dysponowałby kwotą odpowiednią do wykonania swojego zobowiązania. Zgodnie z umową po kilku dniach od uruchomienia bank wysyłał kredytobiorcy załącznik do umowy z harmonogramem spłat kredytu, wyrażonym w CHF. Tak więc zobowiązanie kredytobiorcy określone zostało w walucie waloryzacji czyli w CHF.

O abuzywności klauzul

Kwestia stosowania przez banki klauzul uznanych za niedozwolone pojawia się w wielu wypowiedziach, najczęściej w takim kontekście: określona klauzula jest „niedozwolona (abuzywna), a zatem nielegalna; banki nadal ją stosujące prowadzą działalność niezgodną z prawem”. Zwracam uwagę na następujące aspekty:

  • podstawę prawną funkcjonowania tych umów określa zasada swobody umów – art. 353 (1) Kodeksu cywilnego w związku z art. 69 Prawa bankowego. Jest oczywistym, że kredyty te mieszczą się w konstrukcji ogólnej umowy kredytu bankowego i stanowią jej możliwy wariant, a kwestia ich legalności nie budzi wątpliwości, co zostało jednoznacznie potwierdzone w orzecznictwie Sądu Najwyższego. Dotychczasowe orzecznictwo w tej kwestii było spójne i mimo wypowiedzi różnych „mniejszych” lub „większych” autorytetów kwestia sposobu traktowania, w tym ważności umów, powinna być pozostawiona systemowi sądowemu;
  • abuzywność, choć znana prawnikom „od zawsze”, jest na swój sposób nowym bohaterem narracji w sferze publicznej. Musimy jednak być bardziej powściągliwi w tej łatwości używania, a może nawet nadużywania tej instytucji w debacie, bo to może być demolujące dla stosunków umownych w wymiarze kulturowym;
  • orzeczenia sądowe dotyczące konkretnych, formułowanych bez złych intencji zapisów, zapadały w okresie trwania umów, w kilka lat po ich zawarciu;
  • można stosunkowo łatwo dostosować się do tych orzeczeń jeśli chodzi o nowe umowy;
  • jednocześnie zwróciłem uwagę na fakt, że aktualnym pozostaje pytanie co robić z klauzulami abuzywnymi w wieloletnich umowach? Czy jeśli zaoferujemy gotowość do zmiany tych klauzul na takie, które w świetle obecnego orzecznictwa będzie można uznać za w pełni zobiektywizowane i niezależne od banku, to czy kredytobiorcy zechcą podpisać takie aneksy? Nie ma też gwarancji, że za parę lat na kanwie innych, nieprzewidywanych obecnie problemów, również te nowe klauzule nie zostaną uznane za abuzywne;
  • uznanie klauzuli za abuzywną nie przesądza, że określone kwoty czy inne korzyści finansowe pobrane na podstawie tych klauzul były nieuzasadnione czy też, że wykonywanie danej klauzuli było niewłaściwe lub naruszało interesy konkretnego konsumenta. W takim też kierunku idzie orzecznictwo Sądu Najwyższego, jak chociażby w wyroku z zeszłego roku w sprawie pozwu zbiorowego przeciwko mBankowi. Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów dokonuje tzw. kontroli abstrakcyjnej, a więc bada tylko czy dana klauzula mogłaby potencjalnie naruszać interesy konsumenta w oderwaniu jednak od rzeczywistego jej wykonywania;
  • na marginesie – warto pamiętać, że często za abuzywny zostaje uznany fragment czy nawet jedno słowo w danej klauzuli, ale nie jest negowana istota postanowienia.

O zdolności przewidzenia przyszłości

Wraca jak bumerang zarzut, że banki powinny przewidzieć kryzys gospodarczy i napięcia polityczne, jakie wystąpiły w latach 2009–2015, a w konsekwencji – będący ich skutkiem wzrost kursu franka. Odpowiadam raz jeszcze: to było, jest i będzie niemożliwe. Nie wiemy co wydarzy się jutro, za rok czy za 10 lat. Czy nastąpi Brexit? Może tak, może nie. Prognozy są różne. Bukmacherzy przyjmują zakłady. Czy rozpadnie się strefa euro? Różnie ludzie mówią. Czy rozpad strefy miałby wpływ na naszą gospodarkę, kurs złotego, inflację i stopy procentowe? Na pewno ogromny. Ale czy to znaczy, że mamy dziś dostosowywać nasze działania do takiego scenariusza? Oczywiście nie. Działamy według takich realiów, jakie są. Oczywiście sporządzamy wiele prognoz. Nigdy nie przewidują one jednak fundamentalnych zmian aktualnych warunków (kryzysów, wojen itp.). I tak było przed 10 laty. Też były jakieś realia, były ówczesne prognozy i zgodnie z nimi postępowano. Pewnie gdyby nabywcy mieszkań z lat 2007–2008 „dobrze prognozowali” i przewidzieli, że ceny nieruchomości obniżą się istotnie w następnych latach, to raczej wstrzymaliby się z zakupem na kilka lat. Nie zrobili tego, bo działali zgodnie z ówczesnym trendem i trudno za to kogokolwiek winić.

O dochodowości kredytów frankowych

W kilku wypowiedziach poruszone zostały różne aspekty dochodowości kredytów frankowych. Najdalej idący internauta upiera się przy poglądzie, że banki mogły zarobić na umocnieniu franka, bo „jeśliby miały otwartą pozycję to mogłyby ją bez problemu zamknąć w każdej chwili i przeliczyć na złote”. Odpowiem tak. Jeśli da mi Pan zapewnienie, uwiarygodnione gwarancją bankową, że na przykład dolar umocni się względem złotego to pewnie zaryzykuję sprzedaż złotych i kupno dolarów. Ale takich gwarancji nikt nie udzieli. A same zapewnienia mają ograniczoną wartość. Dlatego banki, chroniąc depozyty swoich klientów, utrzymują zrównoważone pozycje walutowe i raczej nie spekulują na kursach walutowych. Kiedy po jakimś czasie wiemy co się wydarzyło, możemy mówić, że lepiej było zrobić to czy tamto. Ale przyszłości nie znamy. Powtarzam, co by powiedzieli właściciele lokat, gdyby jakiś bank im oznajmił, że wypłaci im tylko część pieniędzy, bo resztę stracił, gdyż źle obstawił przyszłe zmiany kursów walut?

W jednym z komentarzy zwrócono uwagę, że aprecjacja franka była dla banków korzystna, gdyż pobierają odsetki od większego w przeliczeniu na złote salda. To prawda, tylko że ze względu na utrzymywanie zrównoważonej pozycji walutowej płacimy odsetki również od zwiększonego salda.

W kolejnej wypowiedzi stwierdza się, że może właśnie dlatego nie zarabiamy na tych kredytach, bo za dużo płacimy „mamusi” za finansowanie we frankach (według internauty „po koszcie efektywnym 10 proc. rocznie”). Nie wiem skąd internauta wziął tę liczbę. mBank podaje w raportach rocznych dość szczegółowe informacje. Na przykład w raporcie za 2015 r. można przeczytać, że marża od frankowych pożyczek podporządkowanych głównemu akcjonariuszowi wynosiła od 1,2 do 2,2 proc., a nie 10 proc. Można też znaleźć informację, że oprocentowanie wyemitowanych przez mBank i sprzedanych w trybie rynkowym obligacji we frankach szwajcarskich wynosi 2,5 proc., a zatem efektywnie jest wyższe niż finansowanie z Commerzbanku.

Jedna z internautek, stwierdza, że banki na „samym oszukiwaniu” na spreadach zarabiają rocznie 300 mln złotych. Sądzę, że to dość dobre oszacowanie, przynajmniej jeśli chodzi o skalę. Ile to jest dokładnie też nie wiem, może 200, może 350, gdyż takie dane nie są publikowane. Załóżmy, że 300, jak twierdzi Pani Edyta. Oznacza to, że jeśli zrelacjonujemy ten dochód do wielkości portfela kredytów frankowych wszystkich banków wynoszącego, w przeliczeniu na złote około 140 mld PLN, to otrzymujemy roczną marżę kursową około 0,2 proc., a więc tyle, ile podałem w swoim artykule.  Kwestią sporną pozostaje to, czy banki mają prawo czerpać korzyści ze spreadów. Moim zdaniem mają i robią to legalnie.

Cezary Stypułkowski, prezes zarządu mBanku