Z rosnącym niepokojem obserwujemy zmiany uwarunkowań funkcjonowania banków w Polsce. Są to niestety zmiany zdecydowanie na gorsze, które wręcz stawiają pod znakiem zapytania możliwości rozwoju, a nawet istnienia części sektora.

W mijającym trzydziestoleciu banki odegrały istotną i pozytywną rolę we wspieraniu rozwoju polskiej gospodarki. To, że po roku 1992 ani razu nie mieliśmy w Polsce do czynienia z recesją, jest w znacznej mierze zasługą zdrowego i efektywnego sektora bankowego. W tym czasie mieliśmy do czynienia ze znaczącym wzrostem skali działalności sektora bankowego i jego udziału w finansowaniu przedsiębiorstw i gospodarstw domowych.

W 2010 – wcale nie najlepszym pod względem koniunktury – roku kwota kredytów (należności od sektora niefinansowego) osiągnęła prawie 700 mld zł, co stanowiło 48,3 proc. PKB. a Na koniec 2017 roku należności te stanowiły już 52,7 proc. Jest to jednak nadal poziom wyraźnie niższy niż w większości krajów UE. Wzrost skali działalności podstawowej banków nie przełożył się jednak na proporcjonalną poprawę wyników, pozwalającą na utrzymanie osiągniętych wskaźników efektywności. Ma to dwa podstawowe źródła.

Pierwszym jest obiektywne działanie sił rynkowych, prowadzące w warunkach ostrej konkurencji do zmniejszania się osiąganej stopy zysku przy rosnących wolumenach. Chodzi o skutki presji na marże kredytowe i kursowe, a także poziom prowizji i opłat, z których wiele pod wpływem rynkowej konkurencji zeszło do poziomów symbolicznych lub zerowych.

Jest także czynnik drugi, którego wpływ na wyniki sektora bankowego oceniam jako znacznie większy. Mam na myśli szeroko rozumiane działania regulacyjno-fiskalne, jakie towarzyszą nam w obecnej dekadzie, a szczególnie w trzech ostatnich latach. Regulacje te można podzielić na pięć głównych grup:

  1. ograniczające dochody,
  2. zwiększające obciążenia osiągniętych dochodów;
  3. zwiększające wymogi kapitałowe;
  4. wymuszające prowadzenie przez banki darmowych usług na rzecz państwa;
  5. istniejące i planowane regulacje podcinające znaczenie stosunków zobowiązaniowych.

Jeśli chodzi o pierwszą grupę, to jako najbardziej dotkliwe przykłady można podać przepisy obniżające maksymalne oprocentowanie kredytów oraz drastyczną redukcję prowizji z tytułu operacji kartowych. Kontrowersyjne jest zwłaszcza uderzenie w prowizje kartowe w sytuacji ewidentnego niedorozwoju obrotu bezgotówkowego i konieczności znacznych inwestycji w tym obszarze. Jest to jedna z przyczyn, że w strukturze dochodów bankowych w ostatnich latach nastąpił istotny spadek udziału dochodów prowizyjnych, a ich poziom jest dokładnie taki jak siedem lat temu, mimo znacznego wzrostu skali działalności.

Szczególnie dotkliwe są dla sektora bankowego regulacje zwiększające obciążenia. Syntetycznie ilustrują je dwie liczby. Suma obciążeń w roku 2010 wyniosła 3,1 mld zł, natomiast w roku ubiegłym 10,5 mld zł. Obciążenia te pokrywane są z zysku brutto lub są tak zwanymi kosztami niestanowiącymi kosztów uzyskania przychodów. Relacja obciążeń do zysku (sumy zysku netto i obciążeń) wyniosła w 2010 roku 21,3 proc. i była tylko nieznacznie wyższa od stawki podatku CIT. W roku ubiegłym relacja ta wyniosła już 43,5 proc.! Jest to skutkiem ogromnego wzrostu obciążeń na rzecz Bankowego Funduszu Gwarancyjnego (z 0,3 mld zł w 2010 r. do 2,1 mld zł w 2017 r.) oraz wprowadzenia podatku bankowego, który w ubiegłym roku wyniósł 3,6 mld zł.

Uważam, że składki na BFG są zdecydowanie za wysokie, a tempo dochodzenia do poziomu ich docelowej wielkości zbyt szybkie. W Polsce relacja nagromadzonego funduszu gwarantowania depozytów do kwoty depozytów objętych gwarancjami jest wielokrotnie wyższa niż w większości krajów UE. Dodatkową anomalią jest to, że składka ta płacona jest faktycznie z zysku po opodatkowaniu, pomimo że jest ustawowym obciążeniem i powinna być składnikiem kosztów uzyskania przychodów.

Z kolei wprowadzenie podatku bankowego uzasadniane było tym, że obowiązuje on w niektórych krajach UE. Nie uwzględniono tylko tego, że w większości z nich jego stawka jest wielokrotnie niższa od wprowadzonej u nas. Podatek od aktywów o tak wysokiej stawce wpływa deformująco na aktywność kredytową i rynkową banków Uważam, że jeśli banki mają płacić z zysku więcej niż reszta gospodarki to znacznie bardziej racjonalne byłoby zastosowanie dodatkowej składki CIT obciążającej końcowy wynik, a nie aktywa.

Trzecia kwestia to regulacje zwiększające wymogi kapitałowe banków. Wymuszają one wzrost funduszy własnych banków, głównie w drodze kapitalizacji zysków. Od 2010 r. fundusze te wzrosły prawie dwukrotnie, do 198 mld zł na koniec roku 2017. Dzięki temu tak zwana adekwatność kapitałowa banków wzrosła z 13,8 proc. do 19 proc.

Zwiększyło to bezpieczeństwo sektora, zatem krytykowanie tych działań wygląda niezbyt zręcznie. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na kilka elementów.

Po pierwsze jeszcze nie tak dawno uważano, że bezpiecznym poziomem tego współczynnika jest 8 proc. Obecnie za taki uważa się 12 proc. Jednakże uznaniowo dokłada się do tego kolejne składniki, których wysokości nie da się przewidzieć. To często uniemożliwia racjonalne planowanie i prowadzenie działalności kredytowej, zmuszając banki do powstrzymywania tej działalności dla utrzymania dodatkowych, wewnętrznych buforów na wypadek, gdyby regulator miał zwiększyć obowiązujące domiary lub wprowadzić nowe.

Po drugie, trzeba pamiętać, że obok posiadania funduszy własnych na bezpiecznym poziomie bardzo ważne jest posiadanie możliwości pozyskania nowego kapitału z rynku. Aby to było możliwe, trzeba wykazywać się akceptowalną dla inwestorów rentownością kapitału. Można powiedzieć, że do roku 2014 sektor bankowy taką rentowność wykazywał (średnio w latach 2010-2014 około 11 proc.), ale od roku 2015 jest to przeciętnie około 7 proc. z tendencją zniżkową. Ryzyko jest takie, że jeśli (odpukać) zaistnieje konieczność zwrócenia się do inwestorów o dodatkowy kapitał, to mogą się oni okazać niezainteresowani, gdyż będą mieli inne, bardziej atrakcyjne możliwości inwestowania.

Kolejna kwestia to wymuszanie na bankach świadczenia darmowych usług i aktywności na rzecz organów państwowych. Mam na myśli rosnące wymogi dotyczące działań banków w ramach przeciwdziałania praniu pieniędzy, zadania związane z systemem STIR czy systemem podzielonej płatności. Pracownicy banków muszą poświęcić na wykonywanie tych zadań mnóstwo dodatkowych roboczogodzin, za które beneficjenci wyników tej pracy (czyli urzędy państwowe) nic nie płacą. Z kolei wprowadzanie nowych i zmienianie istniejących obowiązków nałożonych na banki wymusza zaangażowanie na tych, nieprzynoszących przychodów aktywnościach, znaczącej części zasobów projektowo-programistycznych kosztem wstrzymywania lub zaniechania prac i projektów podnoszących jakość usług dla klientów.

A gwałtownemu, ustawowemu obniżeniu prowizji kartowych towarzyszy wymuszanie na sektorze bankowym finansowania rozwoju infrastruktury rozszerzającej obrót bezgotówkowy, w tym jego dotowaniu w obszarze sektora publicznego.

Kolejna kwestia to regulacje uderzające w wyniki bankowe, a zarazem podważające ważność stosunków zobowiązaniowych.

Mam na myśli między innymi przepisy dotyczące tak zwanej abuzywności, które – wprowadzone na długo po zawarciu wieloletnich umów kredytowych – faktycznie mają znamiona „działania prawa wstecz”. Zwiększają skalę niepewności i utwierdzają wielu ludzi w przekonaniu, że zawartych umów można nie dotrzymywać.

Jeszcze większe zagrożenie stanowią rozwiązania projektowane, a w szczególności projekty ustaw o zwrocie spreadów oraz o tak zwanej „dobrowolnej” restrukturyzacji walutowych kredytów hipotecznych. Wprowadzenie pierwszego z tych pomysłów oznaczałoby w warunkach roku 2017 zmniejszenie wyniku netto sektora do około 9 lub nawet 5 mld zł, a wskaźnika ROE odpowiednio do około 5 proc. lub nawet około 2 proc. Część banków dotkniętych tym rozwiązaniem wykazałaby straty. Pomysł drugi, czyli dobrowolna restrukturyzacja, to trwałe zmniejszenie zwrotu z kapitału o około 1,5-2 proc., czyli do poziomu około 5 proc.

Szacunki powstały na bazie wyników osiągniętych w 2017 roku, bardzo pomyślnym dla gospodarki polskiej i światowej. W ubiegłym roku wyniki banków obciążone były odpisami na złe kredyty w wysokości 0,8 proc. należności od sektora niefinansowego. Jest to wskaźnik bardzo niski, charakterystyczny dla okresów dobrej koniunktury. A co, gdy ona się pogorszy? Przykładowo w słabym roku 2009 odpisy wyniosły w skali sektora 1,8 proc. wartości kredytów. Gdyby taka sytuacja się powtórzyła, to kwota odpisów wzrosłaby o dodatkowe ponad 10 mld zł (z faktycznych 8,3 do około 18,7 mld zł). Nawet gdyby rezerwy te w całości stanowiły koszt uzyskania przychodów, to obniżyłyby wynik sektora do około 5 mld zł, a przy jednoczesnym obowiązywaniu „dobrowolnej” restrukturyzacji – do wielkości symbolicznej. Dodatkowo trzeba by wziąć pod uwagę, że w warunkach pogorszenia koniunktury, całkiem prawdopodobna byłaby konieczność sfinansowania gwarantowanych wypłat depozytów z najsłabszych, zwłaszcza mniejszych banków, co dodatkowo pogorszyłoby sytuację.

Nie twierdzę, że te wszystkie potencjalnie niekorzystne zdarzenia muszą wystąpić. Mam nadzieję, że tak nie będzie. Chcę jedynie wyraźnie podkreślić, że według mnie granice regulacyjno-fiskalnego uderzenia w sektor bankowy zostały przekroczone i trzeba raczej myśleć o ich redukowaniu, a nie dalszym zaostrzaniu.

Cezary Stypułkowski, prezes mBanku

Tekst ukazał się w „Dzienniku Gazecie Prawnej”.