Podatek bankowy jest tematem licznych wystąpień przedstawicieli środowiska bankowego od momentu złożenia w Sejmie projektu ustawy jesienią 2015 r. Te głosy koncentrowały się na jego negatywnych stronach: zasadności, konstrukcji, sposobie naliczania czy wysokości. Rządzący nigdy nie podjęli dyskusji. Mimo wszystko warto po raz kolejny do sprawy powrócić.

Po pierwsze, po ponad 4 latach obowiązywania podatku można już ocenić jego skutki i porównać je z założeniami. Po drugie, pandemia wywołała radykalną zmianę warunków funkcjonowania sektora bankowego. Mam na myśli kryzys wywołany decyzjami o zamrożeniu gospodarki, zwiększenie podaży pieniądza w wyniku programów pomocowych i drastyczny spadek stóp procentowych. I po trzecie, 22 czerwca 2020 r. rząd Słowacji podpisał porozumienie z miejscowym związkiem banków, zakładające zastąpienie podatku zobowiązaniem ze strony kredytodawców do większego finansowania gospodarki. mBank działa na Słowacji w formie oddziału i w ostatnich latach był ofiarą podwójnego opodatkowania podatkiem bankowym: płaciliśmy go według formuły słowackiej w Bratysławie i od aktywów generowanych na Słowacji w Warszawie.

W krajach zachodnich ten podatek miał być rekompensatą za środki budżetowe skierowane na ratowanie banków zagrożonych upadłością w wyniku kryzysu finansowego 2008-2010 albo pobierano go w celu budowy dodatkowego funduszu na wypadek przyszłego krachu. W Polsce nie było kryzysu bankowego, przynajmniej w sektorze komercyjnym. Nie było zatem żadnego tytułu, aby budżet państwa miał „odzyskiwać” jakiekolwiek środki, u nas cel był wyłącznie fiskalny. Jak to określono w pierwszym zdaniu uzasadnienia ustawy: celem „jest pozyskanie dodatkowego źródła finansowania wydatków budżetowych, w szczególności wydatków społecznych”.

W większości krajów podstawą opodatkowania nie są aktywa banków, lecz pasywa pomniejszone o fundusze własne i depozyty objęte systemem gwarancyjnym. Takie rozwiązanie zastosowano m.in. w Austrii, Holandii czy Wielkiej Brytanii. W tej ostatniej podstawę opodatkowania obniżono ponadto o aktywa płynne i zastosowano kompensowanie aktywów i zobowiązań wobec tego samego kontrahenta. Takie rozwiązanie ma zmniejszać skłonność do ekspansji w oparciu o finansowanie typu hurtowego (np. depozyty krótkoterminowe o bardzo wysokich kwotach), ukierunkowując je na dostosowanie aktywów do bardziej stabilnych, rozproszonych depozytów detalicznych. W takim modelu bank nastawiony na pozyskiwanie dużej liczby drobnych depozytów od gospodarstw domowych i rozwijanie w oparciu o nie aktywności kredytowej, może swobodnie zwiększać rozmiary działalności bez negatywnych konsekwencji podatkowych. W przyjętym u nas, dość topornym modelu, każde zwiększenie aktywów kredytowych pociąga za sobą konieczność zapłacenia podatku, a więc i jego uwzględnienia w kalkulacji opłacalności, a w ślad za tym, w marżach.

Stawka wprowadzona w Polsce, wynosząca 0,0366 proc. miesięcznie (0,44 proc. rocznie), jest drakońsko wysoka. Stawki w innych krajach są o wiele niższe, np. w Szwecji to 0,036 proc. rocznie, w Holandii maksymalnie 0,044 proc. per annum, a w Portugalii 0,05 proc. p.a. Także w krajach, które wraz z nami dołączyły do UE stawki te są niższe: w Słowenii 0,1 proc. p.a., na Łotwie 0,036 proc. p.a., na Słowacji i na Węgrzech 0,2 proc. p.a.

Niski poziom stawki podatkowej w krajach „starej Unii”, przy najczęściej innej podstawie opodatkowania (na ogół hurtowe zobowiązania), powoduje, że jego wpływ na działalność banków, skłonność do zwiększania aktywów, ceny produktów i wyniki finansowe jest relatywnie niewielki. U nas jest inaczej. W 2019 r. podatek bankowy wyniósł 4 mld zł i stanowił ok. 20 proc. zysku brutto sektora. Jako że nie stanowi on kosztu uzyskania przychodu, zwiększa faktyczne opodatkowanie, które dla banków jest dwukrotnie wyższe w porównaniu do reszty gospodarki. Zmniejsza także rentowność sektora o ok. 1 pkt proc.

Warto przypomnieć, że autorzy ustawy wskazywali w uzasadnieniu wysoką rentowność banków, podkreślając, że „wskaźnik ROE dla sektora w ostatnich latach utrzymuje się na poziomie dwucyfrowym i w roku 2014 i 2015 jest to ok. 12 proc.”. To już przeszłość. O ile przed 2016 r. nasz sektor bankowy należał do europejskich liderów pod względem rentowności i atrakcyjności dla inwestorów, to obecnie znajduje się na szesnastym miejscu wśród krajów UE ze wskaźnikiem ROE na poziomie 6,9 proc. za 2019 r. W Szwecji wynosi on 10,9 proc., w Danii i Belgii prawie 9 proc., w Holandii i Austrii prawie 8 proc.. W podawanych często za wzór do naśladowania Węgrzech to 14,4 proc.

Autorzy ustawy świadomie lub nie wprowadzali decydentów w błąd, twierdząc, że „wprowadzenie podatku nie powinno zmniejszyć konkurencyjności polskiego rynku dla instytucji zagranicznych…” i, że „istniejące za granicą zainteresowanie zakupem aktywów w Polsce przez instytucje międzynarodowe wskazuje, że polski rynek jest atrakcyjny… i wprowadzenie podatku nie powinno wpłynąć w sposób znaczący na dalsze zainteresowanie polskim rynkiem”. Otóż okazuje się, że wpłynęło i to w znaczący sposób.

Spadek rentowności i negatywne perspektywy były przyczyną wycofania się z naszego kraju szeregu instytucji i banków międzynarodowych. Można wręcz powiedzieć, że obecnie zagraniczni inwestorzy instytucjonalni są raczej zainteresowani sprzedażą aktywów w polskim sektorze bankowym, niż inwestowaniem. Konsekwencją tego jest znaczący spadek rynkowej wartości naszych banków, co w przyszłości może oznaczać, że nie będzie możliwe – tak jak w przeszłości – pozyskiwanie „z rynku” kapitału w sytuacjach konieczności jego powiększenia w związku z pogorszeniem sytuacji gospodarczej.

Z pewnością podatek bankowy nie jest jedyną przyczyną tego stanu rzeczy, ale ma bardzo znaczący wpływ. Do innych ważnych czynników należą nadmierne obciążenia wpłatami na BFG oraz wykreowany przez szeroko rozumianych decydentów zamęt prawny w obszarze kredytów frankowych i niepewność z tym związana.

Jednym z powodów skłaniających do ponownego podniesienia kwestii podatku bankowego jest zmiana warunków funkcjonowania sektora w ostatnich miesiącach. Przede wszystkim mamy do czynienia – po raz pierwszy od początku lat 90. – z kryzysem, który przejawi się w najprawdopodobniej kilkuprocentowym spadku PKB w bieżącym roku. Nawet jeśli spadek ten będzie mniejszy niż w innych państwach, i tak wiele przedsiębiorstw czeka zapaść. To zaś oznacza trwałą lub co najmniej okresową niewypłacalność kredytobiorców, a w konsekwencji konieczność tworzenia znacznie większych niż w latach poprzednich rezerw na złe pożyczki.

O ile przez szereg lat koszty ryzyka (relacja odpisów na kredyty do wielkości portfela) wynosiły w bankach komercyjnych przeciętnie ok. 0,8 proc. rocznie, obecnie można się spodziewać nawet jego podwojenia. To może oznaczać nawet dodatkowe ok. 10 mld zł rezerw, a zatem spadek zysku netto z ok. 14 mld zł w 2019 r. do 4-5 mld zł w 2020 r., co odpowiada wielkości płaconego podatku bankowego. W takiej sytuacji prawdopodobnie niektóre instytucje wykażą straty netto.

Kolejnym, niezwykle istotnym czynnikiem wpływającym na sytuację banków w 2020 r., także w kontekście skutków obowiązywania podatku, jest obniżenie podstawowej stopy procentowej z 1,5 proc. do 0,1 proc. Nie wdając się w rozważania na temat logiczności takiego posunięcia w warunkach sporej inflacji (w czerwcu 3,3 proc.), chcę skupić się na jego wpływie na bieżącą sytuację i działalność banków. Konsekwencją obniżenia stopy podstawowej NBP jest spadek stawki WIBOR z ok. 1,7 proc. przed cyklem obniżek do wysokości od 0,1 proc. dla kwotowań jednodniowych, 0,26 proc. dla stawki na 3 miesiące i 0,3 proc. p.a. dla stawki rocznej. Te zmiany oznaczają, że o ile wcześniej napływające do banków środki klientów mogły – po ich ulokowaniu na rynku międzybankowym – przynosić pewien dochód nawet po uwzględnieniu podatku bankowego, o tyle obecnie jest to niemożliwe. Modelowo bowiem, wpłacane do banku depozyty – jeśli nie mogą być natychmiast zamienione na nieopodatkowane papiery skarbowe – przekształcają się w aktywa opodatkowane stawką 0,44 proc. p.a. i jeśli nie mogą być również szybko zamienione na wyżej oprocentowany kredyt, muszą bankowi przynosić stratę, gdyż ich ulokowanie na rynku pieniężnym nie pokryje kosztu podatku.

Na tę kalkulację nakłada się sytuacja monetarna. Uruchomienie wsparcia dla firm w postaci programów pomocowych w krótkim terminie wywołuje skutek w postaci przyspieszonego wzrostu środków finansowych sektora firm, a pośrednio także osób fizycznych. Umożliwia to wielu klientom – po zrealizowaniu innych potrzeb – redukcję zadłużenia bankowego. W konsekwencji mamy klasyczną sytuację „wypierania” aktywów komercyjnych (firmy i gospodarstwa domowe), długu sektora nie-finansowego, przez aktywa budżetowe, czyli zadłużenie sektora finansów publicznych. Bardziej znaczącym i widocznym w horyzoncie najbliższych miesięcy skutkiem nieracjonalnego obniżenia stóp procentowych będzie utrata przez sektor bankowy dochodów odsetkowych – to kilka miliardów złotych. W sumie skumulowane działanie podatku bankowego, składek na BFG, zwiększonych rezerw kredytowych i spadku dochodów odsetkowych doprowadzić może do sytuacji, że sektor bankowy jako całość wykaże wynik finansowy w okolicach zera lub nawet poniżej.

Być może wielu osobom pałającym niechęcią do banków sprawi to satysfakcję, lecz dla gospodarki nie będzie to korzystne. Przez ponad 20 lat szybki rozwój był ułatwiany dobrą kondycją sektora bankowego. Istnieje poważne ryzyko, że to się może skończyć. W tych okolicznościach wydaje się, że niezbędne jest przyjęcie bardziej aktywnej roli przez NBP i odwzorowanie w naszej rzeczywistości niektórych rozwiązań zastosowanych w ostatnim czasie przez Europejski Bank Centralny w ramach programu TLTRO III.4.

Mam świadomość, że w warunkach zwiększonego deficytu budżetowego i zbliżania się do konstytucyjnej granicy zadłużenia rządzący nie są skłonni do rozmowy o „poluzowaniu” nielubianym przez nich bankom. Sytuacja wymaga jednak rozważenia takiej decyzji, gdyż skutki utrzymywania obecnego stanu rzeczy mogą być naprawdę złe. Jeśli nie wchodzi w grę – tak jak u południowych sąsiadów – rezygnacja z podatku bankowego, to należy co najmniej rozważyć obniżenie jego stawki, zmianę konstrukcji i rozszerzenie kategorii wyłączeń.

Konieczność obniżenia stawki jest w obecnych warunkach oczywista. Moim zdaniem nie powinna być wyższa od rynkowych stóp procentowych – jej zmniejszenie do 0,2 proc. p.a. wychodziłoby temu naprzeciw i zbliżało nas nieco do stawek stosowanych w innych krajach europejskich (choć nadal byłaby to jedna z najwyższych stawek). Powinno też nastąpić przemodelowanie konstrukcji podatku, aby podstawą jego naliczania były depozyty „hurtowe”. Uważam także, że w okresie wychodzenia z kryzysu i towarzyszącej temu ekspansywnej polityce monetarnej, z podstawy opodatkowania powinny być wyłączone środki lokowane przez banki na rynku pieniężnym, a co najmniej środki lokowane w banku centralnym.

Wreszcie, zakładając pozostawienie obecnej konstrukcji podatku sugerowałbym odstąpienie od jego poboru w przypadku nowych kredytów, generowanych po określonej dacie, które zgodne byłyby z kierunkami polityki gospodarczej i społecznej kraju. Jestem zdania, że warte przedyskutowania jest zastosowanie rozwiązań zbliżonych do modelu słowackiego – zwolnienie z podstawy opodatkowania nowych zaangażowań kredytowych banków w finansowanie przyszłościowych sektorów, jak zielona energia, cyfryzacja gospodarki czy rozwój sektora ochrony zdrowia i edukacji. Pozwoliłoby to na stopniowe rotowanie portfeli kredytowych banków i w konsekwencji wygaszanie podatku bankowego w zgodzie z priorytetami polityki państwa.

Cezary Stypułkowski, prezes mBanku

Tekst ukazał się w „Dzienniku Gazecie Prawnej”.